PROCHOWIEC – zapomniana osada

Papiernię zlokalizowano u skrzyżowania się dróg Frankfurt – Cybinka – Krosno O. oraz drogi od Maczkowa do Rybocic, w miejscu, gdzie przepływa Ilanka, i gdzie od dawna stała karczma przydrożna zwana „Dorfkrug”, co można przetłumaczyć, jako „Karczma wiejska” i takie zapisy istniały w księgach kościelnych, aż do roku 1743.

Po raz pierwszy w roku 1744 pojawiła się nazwa „PULVERKRUG” czyli „Karczma Prochowa” lub „Prochowników”, to znaczy ówczesnych transportowców prochu, którzy gdzieś z głębi Niemiec, poprzez liczne krainy, właśnie przez Frankfurt dostarczali proch strzelniczy do armat, w czasie tzw. Wojen Śląskich, jakie toczył Fryderyk II z Austrią. Owi Prochownicy początkowo zatrzymywali się na noc na rynku we Frankfurcie. Było tak, aż do pewnego wieczora, gdy to odpoczywali popijając piwo, a miejscowe urwisy podłożyły pod wyładowany prochem wóz, snop słomy, którą podpaliły.

Przezorna Rada Miejska zabroniła popasów na rynku miasta, wyznaczając inne miejsca, pod murami miasta lub już po przebyciu mostu, za Odrą. Transportowcom przypadł do gustu dotychczas omijany, zaciszny „Dorfkrug” nad Ilanką. Ponieważ prochownicy zaczęli być tu stałymi bywalcami, karczmę zaczęto nazywać Pulverkrug, a po niejakim czasie także całą osadę oraz dobrze prosperującą papiernię.

Losy papierni na przestrzeni wieków jej istnienia są zadziwiające. Najpierw powstała tu nad Ilanką, jako nowoczesny nikomu nieznany obiekt – młyn papierniczy – wytwarzający rzadki produkt – papier. Zakład był własnością miasta Frankfurtu. Jego założenie było odzewem na olbrzymie zapotrzebowanie na papier w tym rejonie.

Z istniejących dokumentów wynika, że pierwszego listopada 1539 roku wytworzono pierwsze 50 funtów papieru, że pracowało tam 6 pracowników, mających do dyspozycji pięć stęp unoszonych za pomocą koła wodnego. Surowcem wyjściowym były zużyte szmaty. Każdy papiernik zarabiał po 6 fenigów, a odbiorcami papieru byli: istniejący już od 30 lat Uniwersytet Viadrina we Frankfurcie, Rada Miejska, oraz administracja Zakonu Joanitów.

Papiernia przetrwała nieco ponad 400 lat, co nie oznacza, że zawsze sprzyjał jej los. Paliła się wielokrotnie. Zawsze ją odbudowywano, powiększając i unowocześniając o pojawiające się na świecie nowinki techniczne. Tak było prawie do jej ostatnich dni. Najpierw poza energią ludzi i zwierząt, wykorzystywano bystry nurt rzeki, a kiedy nastał wiek pary, tu jako pierwsi w okolicy zastosowali maszynę parową, potem turbiny wodne i elektryczność oraz lokalnie pozyskiwany węgiel brunatny (osada górnicza w Cybince) do wytwarzania niezbędnej energii cieplnej do suszenia papieru.

Tak więc skromny puszczański zakątek stawał się miejscem, gdzie najszybciej docierały światowe nowinki. Obiekt stawał się „solą w oku” okolicznych wrogów. Taka sytuacja miała miejsce w czasie Wojny Siedmioletniej, kiedy to na rozkaz generała Sołtykowa, nie tylko okoliczne wioski, i prawie wszystkie młyny zbożowe, ale także Papiernia 11 sierpnia 1759 roku zostały doszczętnie spalone.

I tak poprzez lata i wieki klęsk i ponownego odbudowywania, prawie rękodzielnicza papiernia, stała się znaną na rynkach europejskich fabryką, produkującą swe arkusze papieru zaopatrzone w znak wodny – skaczący jeleń – i wystawiającą swe produkty na wystawach, m.in. w Londynie.

Kiedy zapotrzebowanie na papier znacznie wzrosło i kiedy pierwotny surowiec do produkcji papieru był trudno osiągalny, bardzo wcześniej rozpoczęto stosowanie papieru drzewnego, a następnie papieru bezdrzewnego z celulozy. Jeszcze pierwszego lutego 1945 roku stało tu wszystko na swoim miejscu. Była to na wskroś nowoczesna fabryka papieru z dwiema nowoczesnymi, sprowadzonymi z Anglii maszynami papierniczymi. Była także osada, w której żyło około 300 osób, była szkoła podstawowa, pałace dawnych właścicieli, budynki gospodarcze z inwentarzem, przystanek stacji kolejowej, karczma i dwa cmentarze.

Trzeciego lutego 1945 roku „Frankfurter Oder Zeitung” napisał: „Nasze samoloty bojowe bombardują i niszczą ogniem pokładowym wszystkie obiekty nad Odrą, a nawet stogi siana stanowią schowki dla wrogich czołgów”. W ten oto sposób zakończyła się historia papierni nad Ilanką. Po wojnie, ludzie przemieszczali się na nowe miejsca, do Prochowca jakoś nikt się nie sprowadził. Po latach inni ludzie i czas dokonali swego, tak, że dziś z całej osady, z całej fabryki pozostało niewiele, między innymi głaz granitowy, co od lat rzucony podmuchem leży przy brzegu Ilanki, trwałością kamienia pozostaje jedynym pomnikiem historii minionych czasów.